Zdzisław Fabiś

Zdzisław Fabiś we wspomnieniach syna Daniela oraz córki Anity

Zdzisław Fabiś urodzony 2 listopada 1931 roku w Grodzisku Wlkp., uchodzi za wzór działacza i kierownika. Wszystkie jego działania względem Dyskobolii były bezinteresowne i szczere. Przygodę z piłką zaczynał jak większość późniejszych działaczy grodziskiego zespołu, a więc na boisku. Był zawodnikiem pierwszego zespołu, jednak nie było mu dane zbyt długo reprezentować Dyskobolii na murawie. W grudniu 1958 roku odmówił pójścia z żoną i teściową do wówczas istniejącego jeszcze grodziskiego kina i wybrał się na trening siatkówki. Zapewne później bardzo żałował swojego wyboru, ponieważ trening ten przypłacił otwartym złamaniem nogi. – Od tego czasu ojciec poświęcił się działalności organizacyjnej klubu. Był wiceprezesem i kierownikiem sekcji piłki nożnej pierwszej drużyny – wspomina w rozmowie córka pana Zdzisława, Anita. – Ściągał piłkarzy do zespołu, organizował wyjazdy na mecze, za granicę. – Ojciec miał bardzo dużo kontaktów- dopowiada brat pani Anity, Daniel Fabiś.

Biało-zielona krew

Zdzisław Fabiś, można powiedzieć, był skazany na Dyskobolię. Jego teść, Antoni Ptak, był dwukrotnie prezesem klubu. Najpierw przez dwa lata od 1937 do 1939, a także zaraz po wojnie w latach 1946/1947. Później pan Zdzisław razem z prezesem Andrzejem Hojanem prowadził Dyskobolię, starając się w jak największym stopniu poprawić jej sytuację. Był osobą bardzo przywiązaną do barw klubowych. Jak wiadomo, w latach kiedy Dyskobolia znajdowała się w nieciekawej sytuacji sportowej i finansowej, wiele osób z Grodziska w mniejszym lub większym stopniu śledziła i dopingowała poczynania Lecha Poznań. – Delikatnie rzecz ujmując, można powiedzieć, że tata nie przepadał za Kolejorzem. A to dlatego, że jak się okazuje nie pierwszy i nie ostatni raz, poznaniacy wykorzystali Dyskobolię. Lech wypatrzył sobie naszego zawodnika, dosyć utalentowanego. Obie strony umówiły się, że w zamian Dyskobolia dostanie jakąś ilość sprzętu piłkarskiego. Okazało się, że zgodnie z umową chłopak został piłkarzem Lecha, natomiast poznaniacy nie wywiązali się z danego słowa i dali tylko część sprzętu. Od tego czasu ojciec nienawidził Lecha, nie mógł na nich patrzeć (śmiech). Ostatecznie młodzian nie dostał się do pierwszego zespołu i Lech sprzedał go do Głogowa.

Liczne kontakty

– Tata był człowiekiem bardzo otwartym, miał dużo znajomych, nie tylko w Grodzisku, ale w całej Polsce. Dzięki temu Dyskobolia nawiązała współpracę międzynarodową z drużyną z Frankfurtu nad Odrą. Wszystko stało się za sprawą przypadku. Ludzie z Frankfurtu prowadzili wymiany z poznańską Olimpią. Jednak coś im nie pasowało żeby tę wymianę zorganizować, mieli zajęty termin, nie wiem dokładnie. No i władze Olimpii zaproponowały ojcu, czy nie chciałby przyjąć tych Niemców w Grodzisku. Tata się zgodził i ładnych parę lat ta znajomość była prowadzona. Z Niemcami są związane kolejne osobistości, które tata znał prywatnie. Podczas jednej z wizyt zachodnich sąsiadów, tym razem z Forstu, ojciec postarał się i załatwił międzynarodowego arbitra. „ Mecz międzynarodowy, to i sędzia będzie międzynarodowy”. Był to Alojzy Jarguz, który był pierwszym polskim międzynarodowym arbitrem. Sędziował m.in. na Mistrzostwach Świata w 1978 roku w Argentynie (1 mecz jako sędzia główny, 2 jako liniowy). Drugim znanym sędzią, który gościł nawet u nas w domu jest Marian Kustoń. W 1976 roku sędziował mecz otwarcia na Igrzyskach Olimpijskich w Montrealu, ponadto przez 13 lat był prezesem Wielkopolskiego Związku Piłki Nożnej. W październiku zeszłego roku w dniu swoich 80-tych urodzin otrzymał najwyższe odznaczenie PZPN- diamentową odznakę. Pan Jarguz po zakończeniu kariery został prezesem Centrum Sportu w Olsztynie. Jak wiadomo, Olsztyn słynie m.in. z produkcji opon. Ta popielniczka jest pamiątką właśnie po Alojzym Jarguzie, pierwszym międzynarodowym sędzią polskim.(tu pan Daniel pokazuje popielniczkę w kształcie koła samochodowego).

Chorzowska murawa

– Wśród pamiątek po ojcu mam tu dość niespotykaną rzecz. Mianowicie instrukcję dotyczącą boiska piłkarskiego. Są w niej różne rysunki, projekty, wyliczenia itd. Wszystko na temat tego, jak powinno wyglądać boisko piłkarskie. W tamtych czasach, większość, o ile nie wszystkie kluby w Polsce miały murawę o długości 100 metrów. W trakcie remontu, w który tata włożył bardzo dużo wysiłku i serca, za jego inicjatywą została wydłużona długość boiska o 10 metrów. Mało tego. Dzięki znajomym w Wałbrzychu udało mu się pozyskać tę0 samą trawę piłkarską, jaka wtedy rosła na słynnym stadionie w Chorzowie.

Oprócz tego swego czasu mieliśmy w Grodzisku jedyny stadion z nagłośnieniem. Jakaś firma z Zielonej Góry nam to montowała, a „speakerem” byłem ja – mówi Daniel Fabiś. – Były zapowiedzi, wyczytywanie nazwisk zawodników. Przed meczem oraz w przerwie puszczałem różne muzyczne hity. Żeby to jakoś wyglądało, wcześniej godzinami siedziałem przy radiu i nagrywałem fajne piosenki. W rogach boiska ustawione były cztery potężne kolumny. Później ktoś ukradł ten sprzęt, ale na szczęście policja znalazła go w Grąblewie.

Old-boye

Po przejęciu Dyskobolii przez Zbigniewa Drzymałę, Zdzisław Fabiś do spółki z Andrzejem Hojanem organizował spotkania old-boyów. Starsi panowie mieli cały czas nawiązany kontakt z zespołami old-boyów Obry Kościan i niemieckiego Forstu. W trakcie grodziskich piwobrań odbywały się towarzyskie mecze tych drużyn. – To była końcówka jego działalności w Dyskobolii. Ojciec był osobą tak szanowaną, że po jednym z meczów Groclinu Dyskobolii dochód z zawodów został przeznaczony na zakup endoprotezy dla taty – wspomina pan Daniel.

Zdzisław Fabiś był nie tylko działaczem sportowym, ale także należał do chóru, był czynnym harcerzem. Po mistrzowsku grał w szachy zdobywając kilkakrotnie tytuł mistrza Grodziska, brał udział we wszystkich możliwych imprezach sportowych. Za swoje zasługi otrzymał w życiu mnóstwo odznaczeń, medali, dyplomów. W swojej krótkiej karierze piłkarskiej zdążył rozegrać ponad 200 meczy w barwach ukochanej Dyskobolii. – W domu tata bywał dość rzadko (śmiech). Po pracy zazwyczaj szedł po zakupy, jadł obiad i jechał rowerem na stadion, na trening. Treningi odbywały się we wtorki, czwartki i piątki, do tego dochodził mecz w sobotę lub niedzielę. Tacy ludzie jak on są dziś rzadkością. Wtedy to była prawdziwa Dyskobolia, chłopacy po prostu chcieli grać. Piłka była jego życiową pasją i z tym ludzie w Grodzisku go utożsamiają.

Pod koniec lat 90-tych ojciec poważnie zachorował. Przeszedł operację i od tego czasu praktycznie zakończył udzielać się jako działacz. Mimo to, na mecze nadal jeździł. Do końca się interesował i był oddany klubowi. Tak naprawdę, gdyby nie ludzie pokroju mojego ojca to dziś możliwe, że Dyskobolia by nie istniała- zakończył pan Daniel.