Jan Wróblewski

Nasz dzisiejszy rozmówca urodził się w 1932 roku w Grodzisku Wlkp. Swoje początki z Dyskobolią datuje na rok 1949 – Pamiętam, że jako mały chłopak razem z kolegami grałem w piłkę przed domem czy w parku. Co jakiś czas zbieraliśmy się z chłopakami i grało się ulica na ulicę. Jeśli chodzi o moje wstąpienie do Dyskobolii, to po prostu kierownik drużyny, który zajmował się juniorami zauważył mnie i wciągnął właśnie do juniorów. I parę meczy rozegrałem w tych juniorach. Pamiętam, że byłem tam wybijającym się zawodnikiem i postanowili mnie wciągnąć nie do drugiej drużyny, tylko od razu do pierwszego zespołu grającego wtedy zdaję się w A-klasie. I tam zacząłem grać na lewym skrzydle. Miałem wtedy 17 albo 18 lat. – wspomina pan Wróblewski.

Wojsko i ruskie zegarki

W 1952 roku przyszedł czas na obowiązkową służbę wojskową. – w klubie chcieli mi odroczyć pójście do wojska, ale ja się nie zgodziłem. Latka by leciały, a przecież i tak by mnie potem wzięli. Stwierdziłem, że idę do wojska tak jak powinienem. Przez te 27 miesięcy służby nie straciłem kontaktu z piłką. Mieliśmy mecze towarzyskie między jednostkami. Dzięki temu utrzymywałem formę i po powrocie do Grodziska mogłem bez problemu kontynuować grę w Dyskobolii. W 1956 roku zdobyliśmy mistrzostwo A-klasy i weszliśmy do ligi wojewódzkiej(dzisiejsza III liga). Z tej okazji każdy z piłkarzy dostał pamiątkowe zdjęcie oraz ruski zegarek na rękę. Nazwy zegarka już nie pamiętam, ale wiem, że wtedy było kiepsko z zegarkami. Dostać taki zegarek w tamtych latach to było coś…

Kontuzje

Wiadomym jest, że w latach w których grał pan Wróblewski medycyna sportowa stała na niskim poziomie. A kontuzje się oczywiście zdarzały – Ja byłem dość szybkim zawodnikiem. Obrońcy z reguły nie mogli mnie dogonić. W trakcie jakiegoś meczu, po raz kolejny uciekłem obrońcy, co mnie drogo kosztowało. Sfrustrowany, że kolejny raz nie może za mną nadążyć, naskoczył mi od tyłu na nogi i zerwał mi więzadła w kostce. Miałem prześwietlenie i wsadzili mi nogę w gips na 3 czy 6 tygodni. Boisko też było bardzo nierówne i jak się do główki skoczyło to przy upadku noga się wykręcała. Ale co w tym dziwnego skoro na stadionie odbywały się zawody konne… Andrzej Hojan pytał się nas czy zgadzamy się, ażeby mogły się zawody odbyć. My mówimy, że w żadnym wypadku. On na to, że muszą się odbyć bo już wszystko jest załatwione…Po takich zawodach było później ciężko wyrównać murawę. Pamiętam, że gospodarzem stadionu był pan Stachowski, który po każdym przedmeczowym treningu kosił trawę. To się tak mówi, ale wtedy to zajmowało cały dzień. Nie to co dzisiaj. Dzisiaj to mają eleganckie kosiarki. Wiem, że on starał się walcować murawę po tych koniach, ale już było trudno cokolwiek zrobić – mówi z żalem nasz rozmówca. – Ale wracając jeszcze do kontuzji. Przez te nierówne boisko, kostka znowu poszła przy wyskoku do główki. Noga spuchła jak bania. Nawet do ośrodka zdrowia nie mogłem dojść pieszo tylko musiałem podjechać rowerem. Przyjął mnie lekarz Gostyński. Nawet nie spojrzał na nogę, napisał tylko receptę i musiałem iść do apteki. Zalecił mi okłady z wody glinkowej. – ona wyciąga opuchliznę – dodaje żona pana Jana. – okładałem 2 czy 3 tygodnie i nic. Co więcej, noga zaczęła robić się sina, a opuchlizna w ogóle nie schodziła. Jak poszedłem na stadion, to kierownik drużyny mnie pyta : a ty co? Ani na treningi nie przychodzisz. Czy się pogniewałeś czy co? Ja mówię: jak się pogniewałem? Zdjąłem skarpetę i mówię: zobaczcie, jak ja mam przyjść na trening i grać? : – łe do piernika! Tyle czasu i jeszcze się nie zagoiło? Ktoś zdecydował, że zabiorą mnie do poradni sportowej w Poznaniu. No i tam mi się pytają kiedy to się stało. Mówię, że 3 tygodnie temu. – 3 tygodnie i dopiero teraz pan przyszedł? Napisał jakąś kartkę, włożył w kopertę i mówi, że dać to lekarzowi w Grodzisku. Okazało się, że żadna tam woda glinkowa, tylko w jakimś procencie nagrzewanie. Jak to dostałem to z dnia na dzień było coraz lepiej. I można powiedzieć, że w 2 tyg. już mogłem zginać. – wtedy nie było nic można powiedzieć. Ani dobrej maści ani nic. – dopowiada żona. W końcu się zagoiło i grałem dalej.

Pod pompą

Dawniej stadion grodziski tętnił życiem. Na terenie dzisiejszych nowych szatni i  boisk treningowych znajdował się basen. Tak jak wcześniej wspominał pan Jan, raz na jakiś czas odbywały się zawody konne, były też wyścigi żużlowe. Co ciekawe obok starej trybuny ( z 1925 roku) znajdowała się pompa – Teraz to zawodnicy mają natryski. My kiedyś myliśmy się pod pompą. Jeszcze każdy się pchał do pompowania. Ustawiała się kolejka, bo każdy chciał to robić. Trzeba było bez przerwy machać, żeby woda leciała i żeby inni mogli się umyć po meczu. Wszystkie drużyny się pod tą pompa myły: juniorzy, 2 drużyna i 1 drużyna. – wspomina z uśmiechem pan Wróblewski i dodaje – kiedyś chodziło się na stadion opalać, kąpać w basenie. To było miejsce publiczne, gdzie ludzie się spotykali. Kiedyś przy okazji dnia 1 maja na rynku było przemówienie burmistrza. Pod koniec swojego wystąpienia włodarz mówi: A teraz zapraszam wszystkich na Sportplatz i każdy pokaże to co ma (śmiech). Następnie był przemarsz ze starego rynku na stadion, gdzie z okazji tego dnia odbywały się różne imprezy.

Barwna praca z juniorami

Pan Wróblewski znakomicie rozumiał się z Bolesławem Stasiłowiczem na boisku ale także poza nim. Niemal w tym samym czasie zakończyli grać w piłkę (ok 1965) i obaj rozpoczęli pracę z juniorami. Pan Stasiłowicz był trenerem, a pan Wróblewski kierownikiem drużyny. Ich zaangażowanie przyniosło owoce w postaci m.in. mistrzostwa województwa poznańskiego. Trud i serce jakie wkładali obaj panowie w swoją pracę, ukazują choćby starania o transport na mecze – Jako kierownik juniorów musiałem iść do prezesa i prosić o samochód na mecz. A wtedy było bardzo mało samochodów więc nie było łatwo. – do tego paliwo było na kartki, co jeszcze bardziej utrudniało sprawę – dorzuca pani Wróblewska. – Trzeba było też opłacić kierowcę.

– Z samymi zawodnikami też było „ciekawie”. Mieliśmy dobrego gracza, tylko trochę wywijas był. Raz na treningu było tak, że wychodził na pozycję i ktoś miał mu podać ale tego nie zrobił. To ten wywijas podszedł do niego i mu w pysk wystrzelił. Ja to widziałem i mówię do Bolecha, że tak nie może być bo on nam wszystkich będzie bił. Postanowiliśmy go odstawić. Po czasie wyczuł, że ta kara jest za tamto zdarzenie i w końcu się poprawił.

– jako kierownik juniorów miałem zasadę, że jak jakiś chłopak chciał przyjść do drużyny to musiał mieć zgodę od rodziców. Dopiero potem dostawał kartę zawodnika ze zdjęciem. Był jeden taki, który widocznie podrobił podpis. Okazało się, że miał wstawioną w czoło plastikową płytkę. To była wtedy chyba pierwsza taka operacja w Poznaniu. Ja i Boleś tego nie wiedzieliśmy i normalnie u nas grał, tym bardziej, że dobry chłopak był i naprawdę dobrze grał. Matce mówił, że idzie się w piłkę zabawić, ale nie powiedział, że gra w Dyskobolii, ma treningi i jeździ na mecze. Jakiś czas to trwało, ale mama się w końcu dowiedziała, że on gra w klubie. I przyszła do mnie prosić żeby więcej go nie wystawiać. Opisała całą sytuacje o operacji, że on ma plastik w czole i granie w klubie jest dla niego niebezpieczne. Po tej wizycie postanowiliśmy z Bolechem, że damy chłopaka na rezerwę. Jeden mecz, drugi, trzeci aż w końcu się zbuntował: jak to? Ja lepiej gram od tego i tego-nawet wymieniał zawodników- a mimo to nie gram? A My nie chcieliśmy mu wprost powiedzieć o rozmowie z mamą. Kilka lat tak spędził na ławce aż sam w końcu zrezygnował. Szkoda nam go było bo na prawdę świetnie grał.

– Z jeszcze innym zawodnikiem miałem taki kłopot. To była tym razem moja wina. W juniorach można było wtedy grać do 18-tego roku życia. Mieliśmy w zespole 2 bramkarzy, ale był jakiś ważny mecz i postanowiłem włożyć chłopaka, który już 18 miał skończone. Wstawiłem go na kartę kolegi, który jeszcze nie był pełnoletni. I w trakcie meczu podczas jego interwencji, napastnik kopnął go przypadkowo kolanem w głowę. Niby po chwili mu minęło i ten mecz ostatecznie wygraliśmy. Niektórzy kierownicy po przegranych meczach sprawdzali karty piłkarzy, ale tego dnia nikt nas na szczęście nie kontrolował. Ale co się okazało? Ten bramkarz w szatni nam się przewrócił. Widocznie podczas gry adrenalina pozwalała mu kontynuować mecz, ale po zakończeniu rywalizacji wszystko puściło. Zaprowadziłem go do domu i tam było niby wszystko dobrze. Mówiłem mu żeby sobie zjadł kolację i się przespał. Ale jemu zrobiło się niedobrze i pogotowie go wzięło do szpitala. Okazało się, że konieczna będzie operacja głowy w Poznaniu. W jakim ja byłem wtedy strachu. A niech się operacja nie uda?… Co mnie tknęło żeby go wstawiać w tym meczu? Po operacji jeździłem do niego w odwiedziny. Jakby tego było mało, narobił mi strasznego wstydu w szpitalu. Lekarze mówili, że tak wszystkich zbluźnił, że jeszcze takiego czegoś nie słyszeli. Nie wiem czy to było spowodowane bólem, czy stanem pooperacyjnym. Nie wiem… Później udało nam się załatwić dla niego bardzo wysokie odszkodowanie. Kiedy już wyzdrowiał, przyszedł do mnie i mówi, że za te pieniądze chce sobie kupić motocykl – w życiu nie rób takich głupstw! Byłeś w głowę operowany, chcesz mieć wypadek na motorze? Namówiłem go, żeby kupił sobie i mamie, za trud i nerwy, ładne ubranie. Usłuchał mnie. Ale to było pierwszy i ostatni raz jak wstawiałem starszego. Starszego o…3 miesiące. To była dla mnie kara.

Boleś po jakimś czasie zrezygnował, nie wiem z jakiej przyczyny. Ja jeszcze chwilę byłem kierownikiem juniorów, ale też zrezygnowałem. Po pierwsze miałem już swoje lata, a po drugie z Bolesiem dobrze nam się pracowało. Wszystko uzgadnialiśmy razem, czy to zmiany, czy wstawianie nowych zawodników.  Pomału następowała też zmiana pokoleniowa, więc to było naturalne odejście – zakończył Jan Wróblewski.