Jan Wlekły

Etatowy kapitan zespołu, zdobywca ponad 70 bramek w jednym sezonie, ponad 500 meczy w Dyskobolii, zawsze zaangażowany i poświęcony drużynie. Był też chyba najbardziej pożądanym graczem przez inne kluby. Jednym słowem jeden z najlepszych piłkarzy Dyskobolii Grodzisk w historii. Mowa o Janie Wlekłym.

Pan Jan przyszedł na świat w 1936 r. w Grodzisku Wlkp. W roku 1948 debiutuje w trampkarzach Dyskobolii, a następnie wstępuje do juniorów. W 1954 roku, mając 18 lat, został wprowadzony bezpośrednio do pierwszej drużyny. Razem z Janem Wróblewskim, wywalczył awans do ligi wojewódzkiej. Następnie, w 1957 roku przyszedł czas na obowiązkową służbę wojskową – Dzięki znajomościom trenera Dyskobolii, pana Pikulika,  jadąc do Nowego Tomyśla po kartę wojskową już wiedziałem, że w wojsku będę grał w Olimpii Poznań (II liga). Występowałem na pozycji lewego łącznika (tak jak wspominał pan Bolesław Stasiłowicz, również jedna z grodziskich legend – red.) Można powiedzieć, że byłem jednym z lepszych zawodników. W 1958r. wywalczyliśmy Mistrzostwo i awans do II ligi, za który każdemu z piłkarzy Olimpia wypłaciła po 10 tys. zł. – mówi pan Wlekły.

2 lata w Olimpii

Olimpia Poznań była klubem milicyjnym, przez co jej zawodnicy mieli wszystko pod dostatkiem. Jej prezesem był wówczas dyrektor targów poznańskich, pan Askanas. – Dobrze wspominam czas w Olimpii. Bardzo o nas dbali, wszystko było pierwszorzędne. Graliśmy również mecze międzynarodowe jak choćby przeciwko Vasatowi Budapeszt. Pamiętam też, że gdy Olimpia była jeszcze w III lidze, to graliśmy mecz w Poznaniu z Dyskobolią. Wygraliśmy 3:1, a ja strzeliłem jedną bramkę. Jak wróciłem do Grodziska to buczeli na mnie i wyzywali od świni (śmiech). Organizowane były obozy piłkarskie, które utrzymywały nas w dobrej kondycji sportowej. Wyjazdy m.in. do Łagowa, Zakopanego czy do Zielonej Góry, w której miałem rozmowę z trenerem Tarką.- wspomina pan Wlekły – To już był prawie koniec służby i coraz bardziej myślałem o powrocie do Grodziska. Trener woła mnie i mówi: „Jasiu, patrz mi w żywe oczy i powiedz czy chcesz zostać w Poznaniu”. Ja mówię: „wie pan co, ja bym raczej chciał wrócić do Grodziska, do domu”. On się uśmiechnął i dodał: „Wiesz, nic ci nie obiecuję. Ale też bym ci radził wrócić. To jest jednak dla ciebie obcy teren. Póki jesteś dobry to wszystko masz. A jak się coś stanie to cię zapomną i zostawią na lodzie”. Ta szczera odpowiedź trenera utwierdziła mnie tylko w decyzji powrotu. Po latach mogę powiedzieć, że nie żałuję że zostałem w Dyskobolii. Wiadomo, tam mogłem mieć lepiej. Jednak dziękuję Bogu za to co mam.

Niedoszłe transfery

Będąc jeszcze w Olimpii graliśmy ligowy mecz ze Śląskiem Wrocław. Wygraliśmy 2:1, a ja zdobyłem oba gole. Tak się złożyło, że ten mecz obserwował prezes Górnika Wałbrzych, który po spotkaniu proponował mi warunki, żebym poszedł do Górnika. Oczywiście grzecznie odmówiłem. Po ukończeniu służby wojskowej chcieli mnie koniecznie zatrzymać w Poznaniu. Nawet przyjeżdżali do Grodziska do mojego ojca. Proponowali mu sklep rzeźnicki w Poznaniu i mieszkanie dla całej rodziny, żeby tylko mnie namówił do powrotu do Olimpii. Innym razem, za namową kolegi Jurka Dukata z Lecha Poznań, pojechałem na 2 mecze towarzyskie do Stilonu Gorzów. Wtedy to był bogaty klub ze względu na wełnę w tym mieście.  Miał też z nami jechać Adam „Mewa” Kowalski, ale Dyskobolia się o tym dowiedziała i nie pozwolili mu jechać. Adam to był biedny człowiek, nic nie miał. Kupili mu ubranie, buty żeby tylko go zatrzymać. A ja pojechałem. Dobrze wypadłem, nie powiem, że nie. Strzeliłem w tych meczach razem 3 bramki i byli mną zainteresowani. Ja ponownie odmówiłem i po kilku dniach podjeżdża pod mój dom warszawka. Na ten stół – pokazuje pan Jan – kładli mi 120 tys.! I to za samo podpisanie kontraktu! Dla zobrazowania wartości takiej sumy pieniędzy dodam, że samochód warszawka( wtedy aut było bardzo mało) kosztował 80 tys. zł. Powiedziałem, że nie mogę podpisać, bo jestem zawodnikiem Dyskobolii i nie dostanę zwolnienia: „Nie chodzi o zwolnienie, my wszystko załatwimy”. Po kolejnych dobrych meczach w Dyskobolii jeszcze bardziej na mnie naciskali. Nawet kilka listów mi wysłali. Wtedy byłem kawalerem, ale moja przyszła żona podpowiadała mi żebym spróbował. Tak się mówi: idź. Wychowałem się tutaj, tu miałem swoich kolegów, z którymi od dziecka grałem… Zawołał mnie prezes Drzymała i mówi: „Jasiu, dużo nie mamy, ale masz tutaj 20 tys., zostań w Grodzisku. Tu jest twój dom.” No i zostałem. Później chcieli mnie też w Stali Rzeszów. Ale zawsze dziękowałem i zostałem w Dyskobolii, której byłem wierny do końca mojej gry w piłkę.

Bramka za bramką

Kontynuując rozmowę, pan Jan wspomniał ciekawe spotkanie z Polonią Nowy Tomyśl – z nimi zawsze były jakieś zatargi. Z reguły dostawali od nas baty. Pamiętam, że około lat 62/63 nie mogli sobie ze mną poradzić i chcieli mnie ponownie wysłać do wojska. Wszystko po to, żebym nie grał przeciw nim. I byli w Grodzisku dr Cyba i dr Nowak. Wpadli na pomysł, że założą mi gips na nogę tak, żebym dostał niezdolność do służby wojskowej. Tak też zrobili. A kilka dni później graliśmy na stadionie w Grodzisku ligowy mecz z Polonią. Do przerwy przegrywaliśmy 0:1. 15 minut przed przerwą dr Cyba woła mnie do szatni i mówi: „chodź, zdejmiemy ci ten gips.” Usiadłem na ławce i chwilę później mogłem już ubrać buty piłkarskie i wejść na boisko. Jak wchodziłem to wiara robiła takie gały! (śmiech) I wygraliśmy ten mecz 5:1! Wszystkie 5 bramek zdobyłem. Ten Tomyśl był ogłupiony, bo było u nas 2 Wlekłych: Kaziu i ja. Nie wiedzieli kompletnie co się stało, kto te bramki strzelił. I jakoś mi się udało drugą służbę w wojsku ominąć. Później ks. Kanonik Tuszyński mi mówił: „Jasiu, uważaj na ten Tomyśl bo oni są na ciebie strasznie cięci”- wspomina z uśmiechem. Zawsze też mi powtarzał: „pamiętaj Jasiu, zawsze z Bogiem!”- „proszę Kanoniczka, zawsze jestem”-  wspominam o tym, ponieważ przez 20 lat nie miałem żadnej kontuzji! Nie powiem, poobijany byłem często, bo obrońcy to na mnie tak szli jak nie wiem. Ale poważnej kontuzji nigdy nie miałem. W Koninie był taki mały, z krzywymi nogami i nosem, brutalny obrońca. Patrzył tylko żeby skosić. Na szczęście się go nie bałem bo byłem wyższy i mocniejszy. Szliśmy noga na nogę!

Tu w Grodzisku jak przyjechała Warta Poznań, to bronił u nich Konieczka. To tak się mnie bał, moich strzałów, że co chwilę gdy miałem piłkę krzyczał do obrońców: „trzymajcie go! trzymajcie go!” Ale tak mi się akurat w tym meczu udało, że dostałem piłkę na lewą nogę, to było ok. 50 metrów od bramki, połowa boiska. W samo okienko mu poszła (śmiech). Nie mógł mnie ten bramkarz przeżyć. Wygraliśmy 1:0. Wcześniej w A-klasie jak graliśmy, to strzelałem mu karnego. Mówię: w ten róg będę strzelał. Mimo, że rzucił się tam gdzie mówiłem to bramka padła. Tak się mnie bał. Kiedyś w Opalenicy graliśmy mecz z Lechem o mistrza III ligi. Pościągali sobie pierwszoligowców żeby się wzmocnić, a mimo to wygraliśmy 2:1. Jurek Perz strzelił pierwszą bramkę, pamiętam jak dziś, i ja zdobyłem drugiego gola z ok. 20 metrów z półobrotu. W samo okienko. Ich bramkarz Paczkowski mówił po meczu: „takie bramki to się rzadko spotyka” – dodaje pan Jan – w swoim najlepszym sezonie w 1961r. zdobyłem ponad 70 bramek, dzięki czemu zostałem najlepszym strzelcem całej III ligi. 6 bramek mniej zdobył Adam „Mewa” Kowalski.

Najładniejsza bramka

Na pytanie o swoją najbardziej spektakularną bramkę, po chwili namysłu pan Janek odpowiada – był to mecz na turnieju o puchar STARTu w Kaliszu. W turnieju brały udział drużyny Polonii Nowy Tomyśl, Prosny Kalisz, Kalisii Kalisz i Dyskobolii Grodzisk. Doszliśmy do finału, w którym przeciwnikiem była Kalisia. W ich bramce stał reprezentant Polski juniorów, Kamiński. Akcję lewą stroną przeprowadził świetny „Mewka” Kowalski i zacentrował tak na 20 metr. Ja w pełnym biegu uderzyłem na bramkę, wprost nad głową bramkarza. Ani nie drgnął – uśmiecha się pan Jan i uzupełnia – Ten finał wygraliśmy 4:0 po 2 golach „Mewki” i 2 moich trafieniach.

Pożyteczne obozy

Obozy służą przede wszystkim poprawieniu formy sportowej. W Dyskobolii były jednak również wyjazdy, jak np. do Osłonina, na które piłkarze mogli zabierać swoje żony. Jednym z pamiętnych obozów był też wyjazd do Jeziorek koło Granowa w latach 60-tych. – trenował nas Marian Fontowicz, były mistrz polski z Wartą Poznań oraz 8-krotny reprezentant Polski. Codziennie rano robił pobudkę i zarządzał bieg do Buku i z powrotem. To jest około 10 km w jedną stronę. Sam do dyspozycji miał rower, którym jechał obok nas. Po biegach było śniadanie, odpoczynek i po południu trening piłkarski. Obóz trwał 2 tygodnie. Wiara, już narzekała na te biegi. To było za dużo dla niektórych. Dodatkowo dobijał nas tym sowim rowerem. Jeden z nas wpadł na pomysł, żeby w nocy przebić trenerowi opony, tak żebyśmy nie musieli biec tych 20 km. I przebiliśmy mu te koła, zadowoleni że będziemy mogli się wyspać. Nagle słyszymy rano gwizdek. „Pobudka!” mówimy do siebie: „co jest? Co się stało? Przecież przebiliśmy mu opony, to jak pojedzie?” My patrzymy, a rower z nowymi oponami. I znowu te biegi trzeba było robić – wspomina z uśmiechem pan Wlekły. – jednak mimo takiego codziennego wysiłku mieliśmy dobrze, nie powiem. Zakłady mięsne każdego dnia dowoziły nam świeże wyroby. Było tego w brud. Prosto z tego obozu jechaliśmy na ligowy mecz do Tomyśla. Byliśmy pewni zwycięstwa. Wszyscy najedzeni, wysportowani, do tego jeszcze przyjechało mnóstwo kibiców z Grodziska. Zajechaliśmy, a na boisku klapa. 3:0 dostaliśmy gładziutko w łeb. Kwinty spuszczone i do domu. Po prostu okazało się, że po dwutygodniowym obozie byliśmy wypompowani. Ale powiem szczerze, że dopiero po około tygodniu lub dwóch, każdy kto przyjechał do Grodziska na mecz to dostawał solidne baty. Nie po 1:0. Po 10:0! Taka Polonia Leszno-10:0, Turek-7:0, Oborniki-8:0. Chodzież, Kępno, Kalisz, Ostrów, Rawicz- wszystko wygrywaliśmy. Zawsze mogliśmy też liczyć na jakąś grupkę kibiców. Na mecze to rowerami jeździli. Czy to do Kościana czy do Tomyśla. Teraz strasznie żałuję, że Dyskobolia nie może grać na stadionie i że Drzymała zrezygnował. Przecież na mecze chodziło po 3, 4 tys. To jest mało? Na Grodzisk to bardzo dużo. Szkoda, że już tego nie ma…

Pan Jan Wlekły rozegrał również 1 mecz w reprezentacji Województwa Poznańskiego razem z Adamem „Mewą” Kowalskim. Za zasługi sportowe otrzymał medal OZPN. W swojej kolekcji ma także medal Stowarzyszenia START oraz odznaczenie PZPN, dzięki któremu do końca życia ma darmowe wstępy na każdy stadion w Polsce na każde rozgrywki. W 1997r. z okazji 75-lecia klubu, otrzymał też medal za zasługi dla Dyskobolii.