Aktualności

Stella Luboń 5:0 Nasza Dyskobolia – mecz z liderem ligi


Mecz lidera z wiceliderem naszej Klasy-A zakończył się niestety porażką biało-zielonych. Niestety, ale musimy przyznać to wprost – Stella pod każdym względem była od nas lepsza.

 

Przygotowana przez gospodarzy taktyka na to spotkanie opierała się, w oku naszych obserwatorów, na spokoju i organizacji gry. W poczynaniach Stelli było bardzo mało przypadku, mało biegania po boisku na zasadzie „sztuka dla sztuki”. Doświadczenie i bogate CV wielu zawodników ekipy z Lubonia było widoczne na placu gry gołym okiem. Wynik spotkania otworzyły dwa stałe fragmenty gry. Po rzutach rożnych, które widać, że były mocno przetrenowane w naszych szeregach pojawiła się nerwowość. Stella z dwubramkową zaliczką przez resztę spotkania – jakby to ująć najprościej – po prostu grała w piłkę, a my zmuszeni byliśmy do biegania. W nerwowości popełnialiśmy sporo błędów, chwilami pojawiała się też bezradność czego owocem był kolejny stały fragment gry – rzut karny. Pięć straconych bramek w meczu z takim rywalem to nie wstyd. Stella jest Stella, i nikt tego Stelli w naszej lidze nie odbierze. Gratulujemy całej ekipie z Lubonia świetnego poukładania Klubu i Drużyny.

 

Lecz dość tej wazeliny. Kilka słów o Naszej Dyskobolii. Jak zwykli mawiać starożytni Egipcjanie, zamieszkujący okolice Delty Nilu: Always look on the bright side of life.

 

Mecz w Luboniu był paradoksalnie Naszej Drużynie potrzebny. Poziom sportowy buduje się zawsze w starciu z lepszym rywalem, gdy widoczne są błędy i usterki, nad którymi trzeba popracować. W światku piłkarskim w takim przypadku mówi się o wyciąganiu wniosków. A tych, zdaje się być do wyciągnięcia więcej niż piłek z siatki przez Bartosza Jóźwiaka.
Rozpoczynając analizę biało-zielonych właśnie od tej persony. Bartosz Jóźwiak trenował z Dyskobolią już dużo wcześniej, lecz dopiero w tej przerwie zimowej Klub spełnił formalności wobec byłego bramkarza Interu Zdrój. W  pierwszym oficjalnym spotkaniu popularny „Józiu” – wbrew wynikowi – wypadł dobrze. Często było słychać jego podpowiedzi dla obronców oraz motywowanie kolegów. Pozostaje nam podziękować i dodać: witamy w Dyskobolii!

 

Stojący w pierwszej linii przed „Józiem” zawodnicy mieli tego dnia co robić. Przy okazji sparingów wiele razy wspominaliśmy o Pracowitym i Kossowskim, w przypadku tych piłkarzy nie ma sensu się powtarzać. Zagrali na swoim poziomie, choć jak na młodych zawodników bardzo nerwowo. W linii obrony tego dnia pierwsze skrzypce odegrał – już rutyniarz, filar składu Piątyszka – Krzysztof Pisarek. O ile w trakcie przygotowań „Pisarowi” zdarzały się małe wpadki to tego dnia murował swoją stronę boiska i był mocnym kandydatem do zawodnika meczu, wśród naszej ekipy.

 

Byłby nim pewnie w subiektywnym odczuciu „obserwatorów”, gdyby nie postać Michała Zajączkowskiego. W takich meczach, gdy po prostu nam nie idzie „Zając” zawsze jest bohaterem. Serce i płuca naszej jedenastki. Kapitan Grodziszczan dwoił się i troił w środku boiska. O ile w linii pomocy, a zwłaszcza na pozycji „środkowego” Trener ma w kim wybierać – to bez urazy dla pozostałych – Zajączkowski jest nie do zastąpienia.

Za plecami Kapitana w tym dniu na boisku pojawił się nieco niewidoczny w spotkaniach sparingowych Dominik Dziurla. „Dziura” spełniał się w destrukcji, w założeniach defensywnych. Bardziej jako wysunięty obrońca (istnieje taka pozycja?!) aniżeli cofnięty pomocnik.

Skrzydłowi tego dnia byli kompletnie zneutralizowani. Z każdą kolejną nieudaną, zablokowaną, odpartą akcją Wasielewski i Hemmerling opadali z morali. Choć tak na prawdę – biorą pod uwagę kompletny brak typowego napastnika – nie było do kogo zagrać tej ostatniej, kluczowej piłki.

 

 

Mamy nadzieję (pewność?!), że Trener wraz z Drużyną odrobili lekcje z tego meczu. Kolejne starcie ligowe z drugiej strony kija. Tym razem do Grodziska przyjedzie ostatnia drużyna w tabeli, która w obecnym sezonie straciła już prawie 100 bramek. Dobry mecz na przełamanie, na odblokowanie. Biorąc pod uwagę, że piszący ten artykuł zna już „osiemnastkę” na mecz z LZS Wąsowo, takie małe życzenie: Michał John musi wrócić! 🙂